Bananowy song

Banan na śniadanie, banan na obiad, banan na kolację ─ kuchnia kubańska jest bardzo prosta i skromna. Jej sztandarową potrawę stanowi puerco con frijoles y arroz czyli pieczona wieprzowina (pod warunkiem, że akurat jest) z czarną fasolą i ryżem. Ryż i fasolę przygotowuje się na dwa sposoby: w wersji czarno-białej, jako moros y cristianos( Maurowie i chrześcijanie) lub… biało-czerwonej jako congri. Podstawę wielu potraw stanowi sofrito ─ pasta z zielonej papryki, cebuli, czosnku i oliwy jednak ze względu na problem z dostępem do wielu składników kubańskie gospodynie częściej niż sofrito przyrządzają sos mojo, do którego wystarczają limonki, oliwa i czosnek. Na Kubie brakuje mięsa i wielu innych produktów jednak z pewnością nigdy nie zabraknie bananów. Te są właściwie wszechobecne i serwowane na tysiące sposobów. El plátano czyli banana plantana nie jada się jednak na surowo. Spożywa się go jako maduro(smażony, dojrzały),verde(zielony, pokrojony w plastry), chicharitas (w cienkich paskach) lub tostones (gnieciony i smażony). Ciekawostką jest to, że duże, żółte banany które  kupujemy w supermarketach na Kubie uznawane są za niejadalne i często stanowią paszę dla zwierząt.

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

Libreta de Abastecimiento czyli życie z książeczką

Na Kubie nie ma bilbordów- są zwykłe plakaty z wizerunkami Fidela Catro i ”Che” .Nikt nie ma prawa do posiadania własnego mieszkania i samochodu- wszystko należy do państwa, to zaś bezustannie krzyczy „Viva la Revolucia!”, „Socialismo o muerte!”, „Hasta la victoria siempre!”. Zamiast czekolady są wyroby czekoladopodobne, zamiast coca-coli jest tu-cola, a na wakacje nie jeździ się za granicę tylko do Varadero ( najczęściej jest to nagroda dla zasłużonych obywateli). Wykwalifikowani lekarze i nauczyciele porzucają swoje posady i pracują jako kelnerzy i barmani, a prostytutki mają wyższe wykształcenie.

Od lat 60. XX wieku wszyscy wyspiarze żyją z Libretą de Abastecimento, czyli książeczką reglamentacyjną, która określa wielkość przydziału na konkretne towary. Większość z nich rzadko ma szansę cieszyć się smakiem mięsa. Skrawek wieprzowiny kupiony na czarnym rynku stanowi równowartość miesięcznych dochodów. W sklepach stale brakuje towarów- nie brakuje jednak klientów

.Standardowa racja żywieniowa dla przeciętnego Kubańczyka to zaledwie 3 kilogramy ryżu i cukru, 6 jajek, 7 bułek, 125 gramów kawy, garść suszonej fasoli i tyle samo mięsa, najczęściej przemieszanego z soja. Kartki mają wystarczyć na miesiąc- w rzeczywistości starczają na tydzień. Kuba słynie z najlepszego tytoniu na świecie i wydawać by się mogło, że jej mieszkańcy na brak papierosów nie mogą narzekać, jednak tamtejsze dobra eksportowe- kawa, rum i tytoń, stanowią dla nich produkt wysoce luksusowy. Oficjalnie otrzymują zaledwie cztery paczki papierosów miesięcznie, z czego trzy to produkt najgorszej jakości, do tego-paczka zapałek. Mężczyźni mogą nacieszyć się dodatkowo dwoma cygarami, gdyż statystyki skrupulatnych urzędników wykazują, że palą więcej. Kostka mydła i tubka pasty do zębów mają przez trzydzieści dni zapewnić wysoki poziom higieny wielodzietnym rodzinom. Mieszkania są przeludnione, fabryki nie pracują, a plony gniją. Pacjenci przynoszą do szpitali własną pościel, zamiast medykamentów leczy się ich ziołami. Dzieci w szkołach uczą się biografii Che Guevary i historii rewolucji z jednego, wspólnego podręcznika. Aspiryna i rolka papieru toaletowego to towar na wagę złota. Na wyspie są wprawdzie dobrze wyposażone sklepy, ale jedyna waluta, jaką przyjmują to euro. Kubańczyk, który miesięcznie zarabia 16$(jeśli jest na emeryturze dostaje już tylko 9$), omija je z daleka…

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

Cardenas

O tym, że Cardenas ─ miasteczko, w którym toczy się zwykłe, kubańskie życie jest tak blisko od Varadero dowiedziałam się od barmana, który na wieść o tym, że jestem z Polski zareagował śmiechem i okrzykiem: „polaquito!”. Polaquito to wcale nie Polak, choć z Polską ma wiele wspólnego. Obok masowo fotografowanych przez turystów, zabytkowych buiców, cadillaców i  chryslerów, „polaquito” czyli wysłużony fiat 126p dzielnie pokonuje kubańskie wyboje i nadal pełni funkcję samochodu rodzinnego służącego pokoleniom.

Do Cardenas dojechałam taksówką. Kierowca był przekonany, że jestem Rosjanką i przez całą trasę opowiadał o swoim kuzynie, który studiował na Uniwersytecie Moskiewskim i zrobił w Rosji wielką, naukową karierę. Nie wyprowadzałam go  z błędu, zwłaszcza, że był nieprzejednanym gadułą. Po drodze zrobił mały postój, żeby pokazać mi kubański cmentarz. Na pierwszy rzut oka cmentarz bardziej niż miejsce wiecznego spoczynku przypominał wesołe miasteczko wypełnione wiatrakami, bibelotami oraz drewnianym ozdóbstwem i znacznie różnił się od tego, który parę tygodni później zobaczyłam w Havanie (Necropólis Cristobal Colón, jeden z największych cmentarzy świata).

Cardenas przywitało mnie burzą, na szczęście krótkotrwałą, choć wyjątkowo intensywną . Po burzy przyszło słońce , a w raz z nim fala rozbrykanych dzieciaków biegających na bosaka, taplających się w kałużach i rzucających tu i ówdzie niewinne uśmiechy wysyłające sygnał z prośbą o dolara lub cukierka. To właśnie tam po raz pierwszy poczułam, że komunistyczny ustrój, o którym tyle słyszałam nie jest tylko pustym sloganem. Choć z nieba lał się żar, który nawet mnie lubiącej upały ciężko było wytrzymać niestrudzeni Kubańczycy stali w kolejkach po mięso. Tego było akurat jak na lekarstwo i od razu było wiadomo, że osoby stojące w połowie niekończącego się korowodu nie dostaną tego po co przyszli. „Mięso”, a właściwie coś, co stanowiło jego namiastkę, było rzucone na stary, drewniany blat i stanowiło łakomy kąsek nie tylko dla kupujących, ale także dla much, które sprzedawca całkowicie ignorował.

Podobnie rzecz miała się w tamtejszych sklepach. Przyzwyczajona do przepychu Varadero z przerażeniem obserwowałam ich wyposażenie. W prawdziwych kubańskich sklepach są trzy rzeczy: kasa, wiatrak i portret Fidela. Czasem ze   sciany spogląda „Che”, czasem sprzedawca buja się w fotelu, czasem na ladzie leżą resztki ryżu i fasoli, czasem są nawet tablice informujące o tym, co można zakupić jednak prawdziwego towaru nie ma. Jest za to mnóstwo marzeń o nim, bo mydło, jednorazowa golarka, letnie szorty czy zwykły długopis, to towar na tyle cenny, że w zamian za niego gospodynie ugoszczą, czym mogą, taksówkarze przewiozą na drugi koniec miasta, barmani zrobią lepszego drinka, a dzieci spojrzą z wyrazem najgłębszej wdzięczności.

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

KUBA w pigułce

„Mojito pijam w La Bodeguita, na daiquiri chadzam do Floridity, bo nigdzie nie smakują one tak wybornie jak tu” mawiał laureat Nagrody Nobla- Ernest Hemingway. Oba lokale mieszczące się w starej części Hawany, do dzisiaj są jednymi z najczęściej odwiedzanych miejsc na Kubie, choć jest to dopiero początek turystycznych propozycji, które oferuje wyspa.
W języku hiszpańskim słowo „cuba” oznacza beczkę. Ze względu na komunistyczne rządy i kształt geograficzny nazywa się ją najczęściej „brodatym krokodylem, który wygrzewa się w słońcu”. W istocie pozostaje jednak beczką-w dodatku taką, z której atrakcje można czerpać pełnymi garściami.
Otoczona malowniczymi zatokami i miniaturowymi wysepkami „perła Antyli” to kraj wielu kontrastów, raj dla miłośników nurkowania i amatorów dobrej zabawy. Z jednej strony zatłoczone autobusy, niekończące się kolejki, puste sklepowe półki , rozpadające się budynki i wszechobecne pomniki dyktatorów. Z drugiej strony- rajskie plaże Varadero, najpiękniejsze zabytki doby kolonialnej w Havanie i Trynidadzie, porywająca muzyka, niekończąca się fiesta, sztuka z którą można obcować na rogu każdej ulicy i pełni ciepła, otwarci ludzie, wobec których trudno pozostać obojętnym. Tylko tam można zjeść na obiad piranię w domu Ala Capone, uczestniczyć w największym na Karaibach karnawale, obserwować z bliska rytuały santerii, czyli kubańskiego odpowiednika voodoo i zadzwonić do Polski z telefonu na korbkę.
Wizyta na Kubie to prawdziwa lekcja historii. Na wyspie czas się zatrzymał. Nie ma tam bilboardów- są zwykłe plakaty z wizerunkami Fidela Castro i „Che” Guevary, nie ma też grafitti- są za to typowe dla całej Ameryki Łacińskiej murale krzyczące „Viva la Revolucia!” i „Socialismo o muerte!”. Na parkingach zamiast nowoczesnych aut stoją zabytkowe modele cadillaców i buiców z lat 40. i 50., w dodatku w nienaruszonym stanie, a po ulicach zamiast tramwajów mkną autobusy-„ogórki”. Na progach domów uśmiechnięte Kubanki oferują sodówkę z sokiem prosto z wysłużonych saturatorów rodem z „Misia”, a zawody takie jak kołodziej, rymarz i zakrojczy nadal mają się dobrze. Nikt się nie spieszy, wszyscy chodzą uśmiechnięci, muzyka nigdy nie milknie, a słońce nigdy nie gaśnie.
„Kuba wyspa jak wulkan gorąca” rzeczywiście rozgrzewa do czerwoności i nie pozwala o sobie zapomnieć. Dzięki temu z podróży w to niezwykłe miejsce każdy turysta przywiezie nie tylko piękną opaleniznę, ale i plecak pełen wspomnień oraz… wybornego rumu. Kto raz ją odwiedzi już zawsze będzie chciał wrócić, bo jej niepowtarzalny klimat uzależnia tak samo jak smak cygar z hawańskiej fabryki.

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

Varadero-bajadero

Byłam w Varadero ─ byłam na Kubie. Niech  żyje kłamstwo! Varadero to Kuba, ale tylko geograficznie, i… z nazwy. Jest idealnym miejscem na wymarzone wakacje ─ wszędzie bary, restauracje i ekskluzywne hotele wyposażone w kablówkę i jacuzzi , do tego palmy, rajskie plaże, złote piaski, nocne kluby i Europejczycy. Biedy i komunistycznego powiewu brak, bo kupić można nawet coca-colę. Varadero to kubański odpowiednikiem Miami Beach. Mianem turystycznej enklawy cieszy się od niepamiętnych czasów. W latach 40. jego uroki docenili amerykańscy inwestorzy i gangsterzy, zwłaszcza Al Capone, którego willa, „Casa del Al” stojąca nad brzegiem oceanu, funkcjonuje obecnie jako restauracja. Choć opływa w luksusy nie ma duszy. Na jego rogatkach stoją dwa posterunki policji, które skrupulatnie legitymują każdego Kubańczyka pragnącego dostać się do środka. Jeśli nie jest się turystą, mieszkańcem miasta lub nie posiada się udokumentowanego powodu, dla którego chce się doń udać, na wjazd nie ma szans. Dzięki takim ograniczeniom z Varadero zniknęły nie tylko prostytutki, ale i większość rodowitych Kubańczyków. Ci którzy zostali pracują w hotelach i punktach gastronomicznych zabawiają zagraniczniaków i ubijają z nimi interesy oferując tańszy alkohol i cygara, w których tytoń najczęściej zastępują liście bananowca.  Choć plaże Varadero naprawdę są rajskie, miasto znudziło po trzech dniach. Ile czasu można grzać tyłek na piasku, taplać się w wodzie i sączyć mojito jeśli dookoła tyle się dzieje! Wystarczy jechać 15 km dalej, do niewielkiego miasteczka Cardenas, żeby zobaczyć prawdziwą Kubę. Kubę, w której nie ma kantorów i drinków z palemką, Kubę, która straszy pustymi półkami i kilometrowymi kolejkami po kawałek mięsa, Kubę która tańczy na ulicy i puszcza zalotne spojrzenia, Kubę, która uśmiecha się dziecinnie i wyciąga rękę prosząc o dolara, Kubę, która z wdzięcznością spogląda na podarowany cukierek i pastę do zębów,  Kubę, która z przekonaniem krzyczy: „Viva Fidel!”.

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

Zielono mi…

Będą puby, duuużo pubów, a w nich guinness i whiskey, dużo guinnessa i whiskey  (to lubię!). Będzie bardzo zielono i może wcale nie będzie padać, w końcu to czerwiec ─ zaczyna się lato! Odwiedzę przyjaciół, odpocznę, powłóczę się po zakamarach, zrobię parę zdjęć, podszlifuję angielski, a przy odrobinie szczęścia spotkam Bono i chłopaków z U2. Z takim nastawieniem wyruszyłam samotnie do Dublina, miasta, które w mojej wyobraźni jawiło się jako wielka europejska metropolia. Guinness, owszem, był (pierwszy w… kościele!), whiskey (w różnym wydaniu i okolicznościach) i pubów (rozmaitych) też nie zabrakło, jednak marzenia o Bono i pięknej pogodzie spełzły na niczym. Przez cały mój pobyt lało jak z cebra, „wielka” stolica szybko okazała się wioską, w której kursuje tylko jedna linia tramwajowa, metra brak i najlepiej poruszać się pieszo, a najczęściej używanym przeze mnie językiem był…polski. Przyjaciele (dziękuję Wam!) stanęli jednak na wysokości zadania i w ciągu 7 dni,  z prędkością 200 km/h pokazali mi prawdziwą, zieloną Irlandię,  która zaczyna się poza granicami  Dublina…

Posted in Irlandia | Leave a comment

Bienvenidos en Cuba!

„Kim chcesz zostać, gdy będziesz już dorosły?”- kubańskie dziecko zapytane w ten sposób bez chwili namysłu odpowie: „turystą”.  I nic dziwnego, bo obcokrajowcy na wyspie rządzonej przez „brodatego Krokodyla” to jedyna grupa, której żyje się i dobrze, i dostatnio, i wygodnie. Podczas mojej wizyty w tym kraju postanowiłam nie być szablonowym urlopowiczem sączącym drinki w hotelowym barze i grzejącym swe wdzięki na plażach Varadero. Na ponad 4 tygodnie zamieniłam się w żądnego przygód podróżnika, pogromcę mitów, ciekawego świata i ludzi obserwatora, któremu niestraszne kubańskie autobusy, uliczne jedzenie, sypiące się mury, huragany, dziurawe buty, temperamentni lokalsi i ich szalone pomysły. Podróż, która początkowo miała obfitować w wygody oferowane przez biuro turystyczne okazała się wyprawą życia, na tyle ważną i inspirującą, że to właśnie Kubie i jej mieszkańcom postanowiłam poświęcić temat mojej pracy magisterskiej. To kraj wobec którego ciężko pozostać obojętnym ─ albo się ją chłonie(bez opamiętania), uwielbia jej klimat i mieszkańców, albo zwyczajnie nie lubi ─ biedy, brudu, hałasu, żaru lejącego się z nieba i zaczepek na ulicy. Ja kocham ją stale, miłością łapczywą i wiecznie niespełnioną, bo to miejsce, w którym choć nie ma nic, tak naprawdę jest wszystko i właśnie dlatego wciąż odkrywam ją na nowo

Posted in Ameryka Łacińska, Kuba | Leave a comment

Rozrywka w Bujumburze

Burundyjczycy są towarzyskim i rozrywkowym narodem. Co jednak robić w kraju gdzie nie ma prądu nie mówiąc o atrakcjach takich jak kina, kręgielnie, parki wodne itd. Najtańsze i najbardziej popularne są wieczorne wyjścia do baru. Życie towarzyskie toczy się na ulicach, rozświetlanych blaskiem świec. Niemal każdy lokal jest pełen ludzi. Słychać warkot generatorów prądu, muzykę i gwar rozmów. W powietrzu unosi się zapach grillowanego mięsa, które w połączeniu z piwem Primus stanowi standardowy zestaw obiadowo-kolacyjny. Przyzwyczajony do tego, że biały wzbudza żywe zainteresowanie w odległych od centrum miasta dzielnicach, zjadłem z Bosco talerz koźliny z cebulą. Poza ścisłym centrum Bużumbury nie widziałem ani jednego europejczyka nie mówiąc o tym, że niejeden zapewne nie zapuściłby się w ciemne ulice.

Po kolacji poprosiłem mojego gospodarza abyśmy pojechali zwiedzić najpopularniejsze imprezowanie. Pierwszym lokalem był bar na świeżym powietrzu. Na parkingu stały najlepsze dostępne na rynku samochody – jeepy, oraz japońskie terenówki. Wszystkie używane, sprowadzane kontenerami z Azji. Po przekroczeniu bramy wejściowej moim oczom ukazało się około dwudziestu stolików, bar, oraz niewielka scena. Wszystkie alkohole dostępne w karcie były dwa razy droższe niż w innych barach czy sklepach. W krótkim czasie na scenie zaczęli się pojawiać pierwsi artyści. To co zobaczyłem było czymś zupełnie nowym i zaskakującym. Jako pierwsi wystąpiły dwie pary taneczne prezentując pokaz salsy – tańca bardzo popularnego w Afryce. Zaraz po nich pojawiła się grupa młodych studentów w choreografii przypominającej boysbandy z wczesnych lat 90-tych. Całość wyglądała karykaturalnie i amatorsko choć widać było, że tancerze traktują to poważnie i spędzili wiele godzin na ćwiczeniach. Kolejny występ spowodował wybuch śmiechu. Na scenę wyszła młoda kobieta z mikrofonem, a z głośników dało się słyszeć pierwsze takty jakiegoś hitu w stylu Mariah Carem – Wihtout You. Ale ku mojemu zaskoczeniu piosenka nie była podkładem tylko normalną piosenką a kobieta nie zaczęła śpiewać tylko udawać, że śpiewa. Był to rodzaj takiego teledysku na żywo, gdzie dziewczyna przeżywa każde zdanie piosenki, gestykuluje, a nawet wije się na scenie. Szczerze mówiąc to było gorsze od naszego disco polo i żal było patrzeć, ale publiczność była zachwycona. Kiedy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy na scenie pojawił się mój faworyt. Wieczór został uratowany przez jeden występ od którego nie można było oderwać oczu. Majstersztyk w czystej postaci. Moim oczom ukazał się czarny karzeł, który wykonał taniec elektro z elementami break dance. Skakał, stawał na rękach, podrygiwał a my wyliśmy ze śmiechu. Później wszyscy artyści wychodzili ponownie prezentując nowe układy i tak w kółko przez cały wieczór. Większość z nich było studentami dorabiającymi sobie po szkole.

Drugim miejscem była zwykła lokalna dyskoteka ze stolikami na zewnątrz i niewielkim parkietem wewnątrz lokalu.

Na koniec zostawiliśmy najbardziej ekskluzywny klub zlokalizowany w centrum Bujumbury o nazwie Havana Club. Wnętrze przypomina europejskie dyskoteki. Były ekrany LCD na których prezentowane były teledyski. Na specjalnym podwyższeniu była konsola DJ’a który miksował zarówno amerykańskie hity hip-hopu oraz rnb, jak również lokalne przeboje. Imprezy odbywają się w piątek, sobotę i niedzielę. Spędziliśmy tu również całą noc przed moim wyjazdem skąd pojechałem prosto na dworzec.

 

 

Posted in Afryka, Burundi | Leave a comment

Weekendowe Aktywności

Weekend jest świętem w Bużumburze. W sobote między6 a10 rano ruch w całym mieście jest wstrzymany, a ulice zamknięte. Policja ustawia checkpointy zatrzymujące samochody. Są to tzw. Community activities – czas dla mieszkańców. Wszyscy wychodzą biegać, tańczyć, grać w piłkę. Akurat tego dnia zaplanowaliśmy wyjazd za miasto. Zabraliśmy ze sobą sąsiada Samsona, który jest policjantem. Dzięki niemu mogliśmy spokojnie przejechać przez miasto. Droga prowadziła wzdłuż brzegu Tanganiki. Mijaliśmy burundyjskie wioski, weekendowe bazary, bawiące się dzieci i kobiety w tradycyjnych strojach.

 

 

Posted in Afryka, Burundi | Leave a comment

Saga Plage

Jezioro Tanganika jest największą atrakcją Bużumbury. Jadąc wzdłuż brzegu za miastem można obserwować krokodyle i hipopotamy w ich naturalnym środowisku. W mieście natomiast są piękne, szerokie plaże. Najładniejszą z nich jest Saga Plage. Ciepła woda, oraz łagodne zejdzie z brzegu sprawiają, że można w niej siedzieć cały dzień. Przewagą ciepłego jeziora nad oceanem jest fakt, że woda nie jest słona i nie przeszkadza w długiej kąpieli. W pobliżu plaży są boiska siatkówki, oraz kilka klimatycznych knajpek. Zjedliśmy nagala fish z frytkami, duży puchar deseru ze świeżych owoców,  wypiliśmy kilka piw. Przy dobrej widoczności widać w oddali wzgórza Kongo.

Posted in Afryka, Burundi | Leave a comment